Bieg Lupusa w Bartkowie miejsce OPEN 19/147. Start 11:00 sobota, tempo 4:05, dystans 10.00 km z atestem PZLA, up: 65 m, czas: 40:55, waga: 80,0 kg.
Przygotowanie – bez żadnego taperingu bo o biegu dowiedziałem się 3 dni przed, z pełnej treningowej rutyny, czułem się nawet trochę przemęczony bo 7 dni wcześniej miałem 30 km kibicowania w Rudawach, później poniedziałek lekkie 6,5km, wtorek mocna siłka, środa szybkie lokalne koronki, czwartek 30 km rower, piątek odpoczynek.
Fizycznie – zero problemów przed biegiem oraz w trakcie. Ogólnie w dobrej kondycji, no delikatnie prawy pośladek czasami czuję.
Żywienie – kolacja standardowa + miód, rano makaron około 2h (lub nawet ciut wcześniej!) przed biegiem, kawka. 300mg kofeiny 40 min przed, żel po rozgrzewce 15 min przed. Idealnie.
Sprzęt – wszystko na krótko, upał
Warunki – ciepło, 22 stopni w cieniu, słońce pół na pół, czasami zachodziło, bez wiatru.
Trasa – falująca, pierwsze 5 km zdecydowanie trudniejsze bo większość pod górę. Trudny 5 km kiedy to już na zmęczeniu po lekkim zbiegu trzeba się jeszcze z powrotem wdrapać.
Przebieg – planowałem pobiec pierwsze 5 km w tempie 4:10 a na ostatnich 3 km przyspieszyć tyle ile się da. Na zegarku ustawiłem cel 41:30 czyli średnio 4:09/km. Pierwszy kilometr poszedł sprawnie poniżej 4:00, koleje dwa już około 4:15 – 2 i 3 mają największe przewyższenia. Na 4 złapany oddech no i 5 najtrudniejszy. Na nawrotce miałem stratę na zegarku do zakładanego czasu kilkanaście sekund jednak z powrotem biegło się dużo lepiej. Na 7 km wyprzedził mnie jakiś gość ale nie miałem siły go gonić, wtedy była ostatnia małą chopka i akurat zawiał wiatr w twarz – było mega ciężko ale pomyślałem sobie wtedy o Piotrku na verticalu na Śnieżnik, że ma gorzej i przetrwałem. Ostatnie 2 km czułem że ktoś się z tyłu zbliża co dodatkowo mnie zmotywowało do przyspieszenia.
W ogóle cały bieg minął mi bardzo szybko, nie znaczy to, że bez cierpienia ale jakoś tak, Ostatnie 2 kamy to już nawet nie patrzyłem na zegarek jaką mam przewagę, chciałem biec jak najszybciej umiem i żeby ten z tyłu mnie nie dogonił. Ostatecznie wyprzedziłem go o 5 sec.
Podsumowując – ocena 10/10 – życiówka pobita o 1,5 minuty w nie idealnych warunkach, na mecie zdechły pies więc widać, że dałem z siebie wszystko.